..
Szklanym Okiem

5 | 5074
 
 
2008-10-08
Odsłon: 1146
 

Pierwsze koty za płoty...

Każdy jakoś zaczynał przygodę z górami. Moja zaczęła się około roku 1995 Dokładnie nie pamiętam daty. Był to listopad lub grudzień. Spotkaliśmy się około godziny 20-21 tej w jednej z Skoczowskich knajpek. Podczas rozmyślania i zawieszonej w powietrzu zadumy.. Co robimy? Co robimy?...?...?
Padł pomysł jedźmy do Zakopanego…
- phiii co za problem – jedziemy!
Wystrzeliliśmy jak z procy, każdy do domu po ciepłe ubrania itp. Nikt poza Mariuszem nie miał pojęcia o Tatrach, tylko on był kilka razy w sezonie letnim w górach. Pakując plecak w domu nie miałem pojęcia czego mogę się spodziewać. Jadąc samochodem wymieniliśmy zdanie na temat zawartości naszych plecaków. Większość z nich była wypełniona zupełnie nie przydatnymi rzeczami w górach, jedyne co się powtarzało to kawałek kiełbasy, bułki, herbata, czekolada. Oczywiście nikt nie pomyślał o latarce, nie wspominając o konkretnych butach. Wszyscy podnieceni wyprawą podśpiewywali „…góralu czy Ci nie żal…”, „…szumi jawor, szumi i osika…”, itp. Na miejscu stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Zakopanym, w środku nocy to idealna pora by pojechać nad Morskie Oko J. Na parkingu w Polanicy totalna cisza – szlaban objechaliśmy i znaleźliśmy się za nim. Pan parkingowy albo spał tak mocno, albo wcale go tam nie było – bo kto by się tam wybierał o 1-szej w nocy początkiem grudnia? Zupełnie nas zaskoczył śnieg, a dokładnie jego ilość – po kolana. Idąc drogą przez las widzieliśmy tylko niebo przebijające się ponad lasem. Cisza i przerażająca ciemność. Kilka opowiastek o duchach sprawiło, że pięciu gości w środku lasu złapało się za ręce i ładnie drałowało w górę. Im dalej tym ciemniej, im ciemniej tym mocniejsze uściski dłoni, im mocniejsze uściski tym weselej na ustach, a uderzenia serca szybsze… Nie wiedząc kiedy doszliśmy do chaty w lesie. Postanowiliśmy tam odpocząć, nareszcie sucho i nie pada na głowę. Buty przemoczone, kurtki, czapki, rękawice, spodnie mokre i sztywne z zimna. Na podeście pod zadaszeniem stał grill powieszony na łańcuchu. Na nasze szczęście był złożony pod nim ogień – rozpałka, drewno i węgiel drzewny. …Pożyczyliśmy sobie troszkę ognia, było to nie ładne z naszej strony w końcu to nie nasza własność ale zimno i chęć ogrzania się była większa. Grill błyskawicznie zapłonął, kiełbaski trafiły z plecaków na ruszt. Po ogrzaniu i zjedzeniu najlepszych kiełbasek w życiu – ze względu na okoliczności „najlepszych”. Ruszyliśmy do Morskiego Oka. Doszliśmy szybciutko, na miejscu okazało się że budynek jest zamknięty na 4 spusty. Cisza w koło góry pokryte śniegiem, tafli stawu nie widać, zasłania ją gruba warstwa białego puchu. Posiedzieliśmy na werandzie kilkadziesiąt minut. Postanowiliśmy się nie dobijać do środka – zapewne, nie byli by szczęśliwi widząc nas w drzwiach. Pozbieraliśmy swoje zmarznięte cztery litery i ruszyliśmy w drogę powrotną. Powolutku robiło się jaśniej. Po drodze natrafiliśmy na sporo znaków informujących o tym, że w okolicy może pojawić się niedźwiadek. Oczywiście wysnuliśmy teorię, że na pewno nas obserwował jak szliśmy do Morskiego Oka. Droga ciągła się jak smoła, ubrania i buty były coraz cięższe i sztywne z zimna. Śniegu przybywało, kroki coraz trudniejsze ale zadowolenie i uśmiech nie gasł. Na parkingu czekał na nas już Pan parkingowy, podziękował, że go nie budziliśmy. Co nie zmienia faktu, że za parking trzeba było zapłacić. Powiedział nam kilka ciepłych słów na temat naszych butów i ubrań… Wracając w samochodzie siedzieliśmy bez spodni, butów, skarpet. Wszystko przemoczone, koszulki, bielizna nic nie pozostało suche. Taki był mój chrzest górski. Tatry powitały nas śniegiem, zimnem i lekcją na przyszłość. To był ostatni raz bez porządnych butów i kurtki. Bez rzeczy na przebranie i bez latarki. Tatry uśmiechały się do nas patrząc jak wracamy w piątkę malutkim samochodzikiem siedząc w samej bieliźnie. Tą noc zapamiętałem bardzo dobrze jako lekcję i magiczną chwile zetknięcia z górami mimo padającego śniegu który zasłaniał wszystko prócz czubka naszły zmrożonych nosów. Do domu wróciliśmy bardzo wcześnie rano.
Pierwsza wyprawa zakończyła się sukcesem – Tatry zaraziły nas swoją magią.
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 
2008-10-09 00:00:50
Mając takie wspomnienia zawsze będziesz kochał góry, naprawdę fajnie piszesz:) Pozdrawiam


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd